„Europejski Fundusz Rolny na rzecz Rozwoju Obszarów Wiejskich: Europa inwestująca w obszary wiejskie”. Operacja mająca na celu sprawne wdrażanie Strategii rozwoju lokalnego kierowanego przez społeczność (LSR) w tym realizację Planu Komunikacji współfinansowana jest ze środków Unii Europejskiej w ramach poddziałania „Wsparcie na rzecz kosztów bieżących i aktywizacji” Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich na lata 2014-2020. Przewidywane wyniki operacji: Wdrożenie Strategii rozwoju lokalnego kierowanego przez społeczność na obszarze Stowarzyszenia „LGD7 – Kraina Nocy i Dni”.

Straszny dwór

W Pietrzykowie stał niewielki dwór otoczony pięknym parkiem. Wzniesiony był w roku 1870 przez Wincenta Jarocińskiego. Niczym nie wyróżniał się spośród pozostałych, podobnych mu budowli. Jak powiadali mieszkańcy, Jarociński postawił tu dom dla swej ukochanej córki – Marysi. Właśnie z nią wiąże się pewna legenda, znana jedynie okolicznej ludności. Przekazywana jest z pokolenia na pokolenie i dlatego żyją nadal ludzie, którzy ją znają. Historia ta ma swój początek pewnej wiosny, około roku 1879.

Bogacz, Wincenty Jarociński miał bardzo urodziwą córkę. Kiedy ta była już dorosła, mężczyzna zapragnął wydać ją za mąż. Jego plany pokrzyżował pewien młodzieniec, w którym zakochała się Marysia. Niestety, według ojca kandydat był nieodpowiedni dla jego córy. Nie posiadał on odpowiedniego majątku. Kiedy chłopak przyszedł prosić o jej rękę, bogacz odrzucił oświadczyny ze znanych sobie powodów. Córka nie posłuchała ojca i była wierna swoim uczuciom.

Młodzi postanowili jak najszybciej wziąć potajemny ślub. Najbliższy odpowiadający im termin przypadał w okresie Wielkiego Postu. Rzecz jasna, ksiądz z parafii Koźminek nie chciał się zgodzić. Musiał zostać zmuszony siłą przez zakochanego panicza. Prawdopodobnie użył on szantażu, ale na to nie ma dowodów. Faktem jest, że ksiądz zgodził się pobłogosławić zakochanym. Ślub doszedł do skutku. Nikt nie wiedział o tej ceremonii. Marysia potajemnie uciekła od ojca. Obrzęd zaślubin odbyć się miał w Wielki Czwartek, bo taki warunek z kolei postawił duchowny. Nie było wesela ani gości, a jedynie cicha ceremonia w zimnym i ciemnym kościele koźmineckim. Po ślubie córka bogacza wróciła do pałacu. Następnego dnia powiedziała ojcu o wszystkim. Ten nie był zadowolony, ale kiedy opanował gniew, w końcu uległ prośbom ukochanej córki. Zgodził się, aby młodzieniec zamieszkał z nimi we dworze. Postawił jednak jeden warunek, chłopiec musiał zdobyć duży majątek.

Młodzieniec nie był zamożnym paniczem, ale przystał na to. Był zdesperowany i chciał jak najszybciej udowodnić teściowi, ze jest wart ręki jego córki. Napadł na wracającego w środę z targowiska w Koźminku kupca pochodzącego z okolic Opatówka. Poranił go i zabrał mu wszystkie pieniądze. W tej samej chwili rozległ się donośny i groźny głos:

– Za ten okrutny czyn będziesz potępiony przez trzydzieści lat, aż spotka cię kara!

Chłopiec się nie przestraszył. Cieszył się , bo był wreszcie bogaty.

Panicz zyskał uznanie w oczach pana Jarocińskiego. Nowożeńcy mogli razem zamieszkać w dworze. Po śmierci ojca Marysi nikt nie przychodził do pałacu, nikt młodych państwa nie odwiedzał. Żyli w samotności, opuszczeni, zapomniani. Było to owe potępienie, o którym mówił groźny głos z Nieba.

Mijały lata. Przybywało właścicielom pałacu siwych włosów. W przeddzień, gdy miało minąć trzydzieści lat od napadu na kupca, do dworu przyszedł tajemniczy wędrowiec. Małżeństwo cieszyło się bardzo z tej wizyty. Nikt ich przecież od dawna nie odwiedzał. Tak więc ugościli go jak tylko najlepiej potrafili. Mężczyzna był zdziwiony gościnnością pary. Podczas rozmowy przy obiedzie starzec poruszył temat nieszczęsnego napadu sprzed trzydziestu lat.

– Pamiętacie może owy napad, który miał miejsce w Koźminku przed trzydziestu laty?

Marysia spojrzała wystraszona na męża i obrzuciła go niecierpliwym spojrzeniem.

Ten odparł starcowi:

– Nie warto wierzyć we wszystko co ludzie powiadają. Ja nic o tym nie słyszałem.

– Podobnież tego, kto to uczynił, ma spotkać kara… Jeno ciekaw jestem, co też go spotka… – ciągnął starzec.

Po tych słowach nikt więcej się nie odzywał. Wieczorem wędrowiec opuścił dwór. W pałacu pozostawił jednak swój tobołek. Małżonkowie poruszeni rozmową z owym starcem dopiero teraz, w przeddzień nastąpienia tejże kary, zaczęli snuć domysły na temat tego, co może się stać. Wystraszeni możliwymi rozwiązaniami i zmęczeni położyli się wreszcie spać. Następnego dnia rankiem wędrowiec powrócił po swój tobołek. Stał przed drzwiami i pukał kołatką, lecz nikt mu nie otwierał.

Postanowił sam wejść do środka. Wołał gospodarzy, ale odpowiadało mu tylko echo. Czuł jedynie przerażające zimno. Nie zwlekając dłużej, znalazł swoje zawiniątko i ruszył w dalszą drogę. Nie wiedział, co się stało z małżeństwem, nawet się nad tym nie zastanawiał. Dopiero pewnego razu, podczas swej wędrówki posłyszał pewną rozmowę:

– Słyszałyście może o tym, co się we dworze Jarocińskiego wyprawia?

– Co to za jeden?

– Ależ to nie ważne. Podobno mąż Marysi, córki bogacza w przeszłości napadł niesprawiedliwie na kupca jednego. Po tym uczynku kara okrutna miała go spotkać po równych trzydziestu latach.

Przysłuchując się dalej rozmowie, wędrowiec dowiedział się, że mężczyznę owego spotkała śmierć. Żona Marysia zaś tęsknoty za mężem podobnie ten świat z własnej woli opuściła. Przepowiednia się wypełniła. Dawnego młodzieńca kara spotkała. Jedynie Pani szkoda, która z miłości za mężem pałacowe komnaty i ziemskie życie wolała na śmierć zamienić.

Mężczyzna nawet po śmierci nie mógł sobie darować tej życiowej omyłki i co roku straszył okolicznych mieszkańców. Ukazywał się jako zjawa, po domostwach chodził oraz w odwecie za małżonkę przedmiotami rzucał i zwierzęta straszył, krowy mleka pozbawiał. Dopiero później zaczęto raz po raz widywać dwie niewyraźne postacie chodzące po dworze. Były ciche i spokojne. Nikogo nie straszyły, pojawiały się i znikały, snując się powoli. Byli to oczywiście Marysia z mężem. Jak widać miłość ta silniejsza była od śmierci. Mąż chęć zemsty zażegnał, by znów, jak za dawnych czasów, z żoną zamieszkać we dworze.

Dwór w Pietrzykowie stał się miejscem grozy nie na długo. Zła opinia w dobrą się przerodziła. Legendę tą zaczęto opowiadać jako miłosną opowiastkę. Czy tak było naprawdę? Nikt tego nie wie i nikt dokładnie nie pamięta. Jednakże do dziś mieszkańcy Pietrzykowa przekazują ją sobie, aby nie została zapomniana. Co roku w rocznicę tragicznej śmierci małżeństwo podobno już w postaci zjaw przechadza się po pobliskim parku, trzymając się za ręce.

Niektórzy śmiałkowie próbowali ich ujrzeć, sfotografować, ale jeszcze nikomu się to nie udało. Ciekawe, czy żal im jest patrzeć na chylący się ku upadkowi majątek, o który tak bardzo zabiegał ojciec Marysi…

Autor: Joanna Trzcińska

Gimnazjum im. Noblistów Polskich w Koźminku

Źródła:
1. www.polskiezabytki.pl/m/obiekt/6252/
2. http://www.google.com/imghp?hl=pl
3. E. Kor-Walczak, „Baśnie i legendy kaliskie”, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1986
4. Według wersji zasłyszanej od M. Trzcińskiej zamieszkałej w Słowikach, gm. Koźminek

« POWRÓT